Tam gdzie dzień noc spotyka czyli rzecz o Sapmi
środa, 25 lipca 2007
Opowieści o uldach II

*

Pewnego razu nad brzegiem Morsjö dwaj młodzieńcy pilnowali stada reniferów. I przyszły do nich dwie kobiety z czarnymi warkoczami w ubraniach ze skóry reniferowej. Oświadczyły, że chcą u nich przenocować i paść stado. Jeden z młodzieńców zgodził sie na to, drugi jednak odmówił prośbie tych kobiet. Wobec tego kobiety poszły dalej i przeklęły niegościnnego młodzieńca; toteż wkrótce potem umarł; drugi natomiast stał się bogaty i miał coraz więcej reniferów.

*

Pewien młody Lapończyk spotkał raz w górach dziewczynę uldów. Była ona tak piękna, że rzucił ponad nią nożem. W ten sposób stała sie człowiekiem i pobrali się. Początkowo nie rozumieli się wzajem, ale z czasem nauczył ją mówić. Chciał ją również ochrzcić, ale córka uldy nie chciała nawet o tym słyszeć. Oznajmiła mu, że ma otrzymać duży spadek i poprosiła go na pewne miejsce, gdzie miał ten spadek zobaczyć. Tutaj musiał położyć głowę na jej kolanach, spać i nie patrzeć. Nagle usłyszał ryk i tupot olbrzymiego stada reniferów i teraz wolno mu było wstać. Stado, które zobaczył, było tak wielkie, że go wcale nie mógł ogarnąć wzrokiem; tyle przyniosła mu w wianie córka uldy.

Ale miała taką naturę, że zawsze musiał robić to, czego chciała.

19:42, biala_sowa1 , baśnie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 lipca 2007
Opowieści o uldach

Miejscem zamieszkania uld są najczęściej jeziora lub góry nazywane saiva. Są to dziwne jeziora czasami można łowić w nich ryby, czasami nie. Aby uldy

pozwoliły łowić w swoim jeziorze ryby trzeba wrzucić do jeziora monetę, nie robić najmniejszego hałasu i tylko cicho gwizdać.


*

Pewien młody Lapończyk poprowadził kiedyś swe stado w pobliże góry Bratberg, która jest górą saiva. Kiedy stado odpoczywało w nocy, usłyszał dochodzące z góry różne dźwięki, które brzmiały niby tupot kopyt reniferowych i beczenie cieląt. Lapończyk myślał, że to uciekło jego stado, wziął psy i pobiegł z nimi na górę w kierunku, z którego dochodził do uszu jego podejrzany szum. Ale stado zdawało się uciekać coraz dalej i nie mógł go dopędzić. Zaczął więc szukać na ziemi śladów reniferów. Nie mógł wszakże nic znaleźć. Wobec tego zawrócił i znalazł swoje stado spokojnie wypoczywające na tym samym miejscu, na którym je pozostawił. Zaalarmowało go więc stado uldów, które w ten sposób nie jednego pasterza wprowadziło w błąd i sprowadziło na niego nieszczęście.

Skoro jednak Lapończyk naprawdę zobaczył stado uldów, musi natychmiast rzucić ponad nim kawałkiem stali, na przykład nożem, lub też miedzianym kołem; wtedy stado zmieni się w prawdziwe reny, które można sobie zabrać.

18:44, biala_sowa1 , baśnie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 czerwca 2007
O zwierzętach

LIS I ZAJĄC


Pewnego dnia lis rzekł do zająca:

- Masz potwornie długie uszy!

Zając odparł:

- Owszem, ale to już wszystko, co mam.

W ten sposób lis dowiedział się, że zając nie jest niebezpieczny, i pożarł go.


ZAJĄC I RENIFER


Zając i renifer były kiedyś kuzynami i żyły w towarzystwie człowieka. Pewnego razu rozmawiały ze sobą i zając rzekł:


- Moja gospodyni jest zła i bije mnie wiadrem od mleka.

Na to odparł renifer:


- Moja gospodyni jest dobra i nigdy mnie nie bije.

Tedy zając skoczył w las, natomiast renifer pozostał u ludzi.


21:35, biala_sowa1 , baśnie
Link Dodaj komentarz »
Opowieść o olbrzymie

OPOWIEŚĆ O OLBRZYMIE, KTÓRY SCHOWAŁ SWE ŻYCIE W KURZYM JAJU


Żyła kiedyś kobieta, której mąż maił spór z pewnym olbrzymem i w końcu został przez niego zamordowany. Musiał wiec zostać żoną olbrzyma. Atoli kobieta owa miała ze swym mężem syna i kiedy ten dorósł, nie myślał o niczym innym, jak tylko o tym, żeby pomścić ojca. Cokolwiek jednak przedsiębrał, nie mógł olbrzymowi zrobić żadnej krzywdy i wyglądało to tak, jakby nie znajdował w nim zupełnie życia.


    - Droga mamo – rzekł chłopiec pewnego dnia – czy nie wiesz,gdzie olbrzym schował swe życie?

Matka nie wiedziała, ale obiecała dowiedzieć się. I gdy olbrzym był kiedyś w dobrym humorze, spytała go, gdzie schował swe życie.


- Dlaczego chcesz o tym wiedzieć? - odparł olbrzym.

    - Bo gdy któreś z nas znajdzie się w niebezpieczeństwie, dobrze byłoby przecież wiedzieć wtedy, czy twoje życie naprawdę znajduje się w dobrym przechowaniu.


Wtedy olbrzym oświadczył jej:


- Na zewnątrz pośród palącego morza leży wyspa, na wyspie tej leży beczka, w beczce tej znajduje się baran, w baranie jest kura, w kurze jest jajko, a w tym jaju jest moje życie.


Kiedy matka powiedziała to swemu synowi, ten rzekł:


- Wynajmę sobie zatem pomocników, którzy mnie przeprowadzą przez palące morze.


Poszedł i najął niedźwiedzia, wilka, koguta i nurka i udał się z nimi na palące morze. Sam usiadł w namiocie z żelaza i ze sobą zabrał koguta i nurka, natomiast niedźwiedź i wilk musiały wiosłować. Stad też niedźwiedź ma czerwonobrązową sierść, wilk zaś jest w czarno-brązowe łaty. Obaj się poparzyli, gdy wiosłowali przez palące morze.


W ten sposób przybyli na tę wyspę, gdzie było schowane życie olbrzyma. Gdy znaleźli beczkę, niedźwiedź uderzył w nią łapą i wywalił dno. Z beczki wyskoczył baran, jednakże wilk go dopędził i rozerwał. Z barana wyfrunęła kura, ale dopędził ją znów kogut i zadziobał na śmierć. W kurze znajdowało sie jajo, ale jajo wpadło do morza. Nurek zanurzył się pod wodę po jajo. Za pierwszym razem nie mógł jednak jaja znaleźć i musiał wrócić na powierzchnię wody, aby odetchnąć powietrzem. I po raz drugi również mu się jeszcze nie udało; dopiero z a trzecim razem znalazł jajo na dnie morskim i przyniósł je młodzieńcowi.

Młodzieniec rozpalił na wyspie wielkie ognisko i gdy ogień buchnął wysoko w górę, wrzucił jajo.

Następnie powiosłował ze swymi kamratami do domu. I zobaczył tam, że olbrzym palił się tak samo jak jajo na wyspie. Matka rzekła doń:


- Bardzo ci dziękuje , kochany synu, żeś mnie uwolnił od olbrzyma.


Natomiast olbrzym rzucił:

- Głupi byłem, żem złej żonie zdradził tajemnice mego życia.


I chciał wziąć żelazną rurę, za pomocą której wysysał zwykle z ludzi krew, ale żona jego włożyła rurę w ogień. I gdy olbrzym pociągnął, wydostał sie z niej żar, popiół i ogień. Wobec tego palił się od wewnątrz i zewnątrz, a gdy jajo na wyspie całkowicie się spaliło, zmarł i olbrzym.

Matka i syn opuścili to miejsce i zabrali ze sobą bogactwa olbrzyma.

21:33, biala_sowa1 , baśnie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 kwietnia 2007
Opowieści Lapońskie

****

Pewnego razu Lapończyk siedział w składziku na palach i jadł suszone mięso. Aż tu nagle podchodzi wilk, siada u dołu i wpatruje się zgłodniały. Wtedy Lapończyk, zdjęty litością nad biedakiem, ciska mu kawał mięsa. Następnego roku Lapończyk ten napotyka nieznany namiot, zostaje do niego zaproszony na posiłek; gospodarz dziękuje gościowi za mięso otrzymane odeń zeszłego roku, bowiem przez to wyzwolony został od czarów, jakie rzucił był na niego pewien noaide: gospodarz wrócił do swojej ludzkiej postaci.


****

Do Lapończyka przychodzi pies i prosi, by go przyjęto na służbę. Nie trzeba mu innej zapłaty niż trochę sosu z kotła, niezależnie od odpadków, jakie znajdzie, byle pan psa nie bił, gdy ten stanie się już niezdolny do pracy.


****

Zamarznięty zając siedział w jamie w śniegu i mówił sobie: “Byle dożyć lata, a zbuduje sobie chatę”. Gdy lato nadeszło, zając usiadł na kamieniu i wygrzewał się na słońcu. Rzekł sobie: “E, ta zima wcale nie będzie gorsza niż tamta”.


****

Nurzyk dostał od Ibmela tak piękne skrzydła, że nie mógł się doczekać ich wypróbowania ani też chwili, gdy dostanie nóżki. Ibmel, gdy ptak już odlatywał, zdołał mu je wetknąć od tyłu.

18:28, biala_sowa1 , baśnie
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 listopada 2006
Córka Luny...

CÓRKA LUNY - KSIEZYCOWEJ PANI I SYN SŁOŃCA

Przez cały długi dzień jeździ Słońce w kerieży (sanie w kształcie łodzi, o jednym płozie) po błękitnym niebie i ogląda swe włości. Rano ciągnie kerieżę Niedźwiedź, w południe – Ren – samiec, a pod wieczór – Ren – samica. Wiele, bardzo wiele pracy ma Słońce: musi dać życie wszystkiemu, co się ma urodzić, trzeba hodować drzewa, mech reniferowy i trawę, trzeba świecić zwierzętom, ludziom i ptakom, żeby rośli i mnożyli się przysparzając bogactwa.

Pod wieczór zmęczone Słońce wali się już z nóg i znika za morzem. Dobrze byłoby wyspać się i odpocząć, ale syn Pejwalke czyli Promień Słoneczny nie daje Słońcu spokoju:

- Ojcze, już czas, żebym się ożenił!

Co prawda, to prawda – najwyższy czas!

- A masz już wybrankę?

- Nie mam. Przymierzałem swoje złote butki ziemskim dziewczętom, ale na żadną nie były dobre. Wszystkie mają takie ciężkie nogi, jak tu oderwać takie nogi od ziemi. Ja muszę przecież biegać po niebie.

- Nie na ziemi powinieneś szukać narzeczonej, Pejwalke – rzekło Słońce.

- Zapytam Luny – Księżycowej Pani. – Krążą słuchy, że urodziła się jej córka. Biedniejsza jest, co prawda, od nas Księżycowa Pani, jednakże spaceruje po niebie tak jak my.

Doczekało Słońce tego, kiedy Luna pojawiła się na niebie z rana, potoczyło się w jej stronę i pyta:

- Powiedz, sąsiadko! Czy nie chowa się u ciebie ładna córka? Mam dla niej kawalera, mego syna Pejwalke.

Spochmurniała Luna – Księżycowa Pani i odpowiada:

- Dzieckiem jest jeszcze moja córeczka. Trzymam ją na rękach i nie czuję jej w ogóle, ledwie świeci. Mowy nie ma o zamążpójściu.

- Nie szkodzi – powiada Słońce – nasz dom jest bogaty. Twoja córka będzie się u nas dobrze odżywiać i nabierze ciała. Pozwól aby na nią popatrzył mój Pejwalke.

- Och, nie, nie – przelękła się Księżycowa Pani i zasłoniła swoje dziecię chmurką – spali ją twój Pejwalke. Powiem ci prawdę, ma już moja córka swego ukochanego. To Najnas, Blask Zorzy Polarnej. O, właśnie rozbłyskuje nad morzem.

- Ach, tak! – rozgniewało się Słońce. – Więc odmawiasz nam z powodu jakiegoś blasku?! Zapomniałaś widocznie sąsiadko, że daje wszystkiemu życie, że jestem bogaty i silny!

- Twoja siła, sąsiedzie, ma tylko połowę mocy – rzekła Luna. – Bo gdzie jesteś, gdy zmierzch zapada? A nocą? Gdzie jest twoja siła podczas długiej zimy? A Najnas – Blask Zorzy Porannej – jaśnieje i zimą, i nocą.

Słowa te jeszcze bardziej rozsierdziły Słońce, które miota ognistymi strzałami i zieje żarem gniewu: „Tak czy tak – krzyczy Słońce – ożenię syna z twoją córką!”

Rozległ się grzmot, zawyły wichry, spiętrzyły się morskie fale, zatrzęsły się góry w posadach. Zadrżała cała ziemia. Zbiły się w gromadę stada renów, ludzie pochowali się w szałasach, zwanych weżami.

Odeszła czym prędzej matka Luna w ciemność nocną. „Trzeba dobrze ukryć dziecko przed okiem Słońca” – pomyślała – Wypatrzyła na jeziorze pływającą wysepkę, na której mieszkali staruszek i staruszka, dobrzy ludzie, i powiedziała: „O, im powierzę swoją córkę!”

Przestało się Słońce srożyć, ucichły grzmoty, uspokoiły się wiatry. Staruszkowie poszli do lasu po korę brzozową. Patrzą – wisi na gałęzi świerkowej srebrna kołyska. Nikogo w niej nie ma, ale dziecięcy głosik woła:

- Nijekija – nie ma mnie. A oto jestem!

Widzą teraz, ze leży w kołysce dzieciątko, jak wszystkie ludzkie dzieci, tylko że całe świeci księżycowym blaskiem.

Zabrali staruszkowie do domu kołyskę i cieszą się, że mają córkę. Wychowują ją. Słucha dziewczynka staruszka jak rodzonego ojca, słucha staruszki jak rodzonej matki, ale nocą wychodzi z weży, podnosi twarzyczkę do księżyca, wyciąga rączki do Księżycowej Pani i jeszcze mocniej świeci. Nauczyła się szyć zasłony i kołdry ze skór reniferowych, nauczyła się wyszywać je koralikami i srebrem. A kiedy się bawi, woła czasem: „Nijekija – nie ma mnie!” i znika, słychać tylko tuż blisko jej dźwięczny śmiech. Więc też nazwali ją staruszkowie Nijekiją.

Wyrosła Nijekija, już duza z niej dziewczynka. Twarzyczkę ma okrągłą i rumianą jak malina, włosy jak srebrzyste nici, szczuplutka jest i świeci się cała. Dotarły do Słońca słuchy, że mieszka na wyspie dziewczę niepodobne do Ziemianek. Posłało do niej Słońce swego syna Pejwalke. Przyleciał Pejwalke na wyspę i zajrzał do weży staruszków. Zobaczył Nijekiję i od razu ją pokochał.

- Przymierz, piękne dziewczę – mówi Pejwalke – moje złote butki.

Zapłoniła się Nijekija, włożyła butki i nagle krzyknęła:

- Oj, pali mnie, boli!

- Nie szkodzi – pociesza ją Pejwalke – przyzwyczaisz się.

Chciał Nijekiję objąć i uprowadzić, ale dziewczyna krzyknęła:

- Nie ma mnie, nie ma mnie! – I znikła, rozpłynęła się po prostu jak cień.

Tylko złote butki zostały na progu.

Do samej nocy ukrywała się Nijekija w leśnej gęstwinie. A kiedy wypłynęła na niebo Luna – Księżycowa Pani, poszła Nijekija po księżycowym szlaku, przez lasy, przez góry, przez tundrę. Prowadziła ją matka Luna nad morze, na bezludny brzeg, gdzie stał samotny dom.

Weszła Nijekija do domu, wszystko tam sprzątnęła i wyszorowała. Spać się jej zachciało. Przemieniła się, więc w stare wrzeciono, wbiła się w ścianę i zdrzemnęła.

O zmroku usłyszała Nijekija cieżkie kroki. Weszli do domu wojownicy w srebrnych zbrojach, jeden silniejszy i piękniejszy od drugiego. Byli to bracia Płomienie. Na czele kroczył najstarszy brat i przywódca, Najnas - Blask Zorzy Polarnej.

- Jak czysto w naszym domu – powiedział Najnas.

- Przyszła do nas widocznie dobra gospodyni. Gdzie się schowała? Nie widzę jej, lecz czuję, że patrzy na nas.

Zasiedli bracia do wieczerzy. Posilili się i dla rozrywki zaczęli się z sobą mocować. Walczą na pięści, to znów na miecze. Skrzy się broń białymi rozbłyskami, purpurowe płomienie plasają po niebie. Zaśpiewali potem bracia hymn niebieskich wojowników i jeden po drugim odlecieli. Pozostał w domu tylko Najnas, niby cień jaśniejący. Prosi Najnas:

- Pokaż mi się, kimkolwiek jesteś! Jeżeli staruszką jesteś, będziesz mi matką, jeżeliś rówieśnicą moją, będziesz mi siostrą, jeżeli jesteś dziewczyną młodziutką, bądź moją wybranką.

- To ja – wyszeptała Nijkija i w szarości świtu, wraz z pierwszym brzaskiem ukazała się Najnasowi.

- Czy wyjdziesz za mnie za maż, Nijekijo? – zapytał Najnas.

- Wyjdę – ledwie dosłyszalnie odpowiedziała Nijekija. Wtem rozpromieniła się zorza poranna i wyjrzał rąbek Słońca.

- Czekaj na mnie, Nijekijo! – zawołał Najnas i odleciał, zniknąl jak przewidzenie.

Co wieczora przylatywał Najnas i jego bracia do swego domu, co wieczora urządzali igrzyska na niebie, a z brzaskiem odlatywali. Prosiła Nijekija Najnasa:

- Zostań ze mną, Najnas. Bodaj na dzień jeden!

- Nie mogę – odpowiedział Najnas – śpieszę na bitwę niebieską za morzem.

Przemyśliwała Nijekija, jak zatrzymać Najnasa. Uszyła zasłonę ze skór reniferowych, wyhaftowała na niej srebrem Drogę Mleczną i duże gwiazdy, i rozwiesiła w domu pod pułapem.

Przed nocą przyleciał Najnas ze swoim wojskiem. Po zwykłych igrzyskach na niebie położył się spać. Mocno śpi Najnas, ale od czasu do czasu otwiera oczy. Widzi nad sobą ciemne niebo i Drogę Mleczną, więc myśli, że jest jeszcze noc i za wcześnie na wstawanie.

Obudziła się Nijekija i wyszła z domu, ale zapomniała przymknąć drzwi. Otworzył Najnas oczy – a tam jasny dzień na dworze, Niedźwiedź wiezie Słońce po błękitnym niebie. Wypadł Najnas z domu, woła swoich braci. Ujrzało go jednak Słońce, tchnęło swoim żarem i przygniotło go do ziemi. Podbiegła Nijekija i własnym ciałem zasłoniła swego wybrańca przed Słońcem. Wstał Najnas, w świetlisty cień się przedzierzgnął i rozpłynął się na wysokościach.

A Słonce chwyciło Nijekiję za włosy, opaliło ognistym spojrzeniem i zawołało swego syna Pejwalke.

- Zabij mnie, ale nie wyjdę za Pejwalke! – rozpłakała się Nijekija.

Rzuciło wtedy Słońce Nijekiję matce Lunie na ręce. Przyjęła ją matka, do serca przytuliła i tak ją po dziś dzień trzyma.

Widzisz cień jej twarzyczki na obliczu Księżycowej Pani? Patrzy Nijekija i patrzy na świetliste pasmo nad morzem, na bitwę na niebie i oczu oderwać nie może.

23:15, biala_sowa1 , baśnie
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2