Tam gdzie dzień noc spotyka czyli rzecz o Sapmi
środa, 15 listopada 2006
Córka Luny...

CÓRKA LUNY - KSIEZYCOWEJ PANI I SYN SŁOŃCA

Przez cały długi dzień jeździ Słońce w kerieży (sanie w kształcie łodzi, o jednym płozie) po błękitnym niebie i ogląda swe włości. Rano ciągnie kerieżę Niedźwiedź, w południe – Ren – samiec, a pod wieczór – Ren – samica. Wiele, bardzo wiele pracy ma Słońce: musi dać życie wszystkiemu, co się ma urodzić, trzeba hodować drzewa, mech reniferowy i trawę, trzeba świecić zwierzętom, ludziom i ptakom, żeby rośli i mnożyli się przysparzając bogactwa.

Pod wieczór zmęczone Słońce wali się już z nóg i znika za morzem. Dobrze byłoby wyspać się i odpocząć, ale syn Pejwalke czyli Promień Słoneczny nie daje Słońcu spokoju:

- Ojcze, już czas, żebym się ożenił!

Co prawda, to prawda – najwyższy czas!

- A masz już wybrankę?

- Nie mam. Przymierzałem swoje złote butki ziemskim dziewczętom, ale na żadną nie były dobre. Wszystkie mają takie ciężkie nogi, jak tu oderwać takie nogi od ziemi. Ja muszę przecież biegać po niebie.

- Nie na ziemi powinieneś szukać narzeczonej, Pejwalke – rzekło Słońce.

- Zapytam Luny – Księżycowej Pani. – Krążą słuchy, że urodziła się jej córka. Biedniejsza jest, co prawda, od nas Księżycowa Pani, jednakże spaceruje po niebie tak jak my.

Doczekało Słońce tego, kiedy Luna pojawiła się na niebie z rana, potoczyło się w jej stronę i pyta:

- Powiedz, sąsiadko! Czy nie chowa się u ciebie ładna córka? Mam dla niej kawalera, mego syna Pejwalke.

Spochmurniała Luna – Księżycowa Pani i odpowiada:

- Dzieckiem jest jeszcze moja córeczka. Trzymam ją na rękach i nie czuję jej w ogóle, ledwie świeci. Mowy nie ma o zamążpójściu.

- Nie szkodzi – powiada Słońce – nasz dom jest bogaty. Twoja córka będzie się u nas dobrze odżywiać i nabierze ciała. Pozwól aby na nią popatrzył mój Pejwalke.

- Och, nie, nie – przelękła się Księżycowa Pani i zasłoniła swoje dziecię chmurką – spali ją twój Pejwalke. Powiem ci prawdę, ma już moja córka swego ukochanego. To Najnas, Blask Zorzy Polarnej. O, właśnie rozbłyskuje nad morzem.

- Ach, tak! – rozgniewało się Słońce. – Więc odmawiasz nam z powodu jakiegoś blasku?! Zapomniałaś widocznie sąsiadko, że daje wszystkiemu życie, że jestem bogaty i silny!

- Twoja siła, sąsiedzie, ma tylko połowę mocy – rzekła Luna. – Bo gdzie jesteś, gdy zmierzch zapada? A nocą? Gdzie jest twoja siła podczas długiej zimy? A Najnas – Blask Zorzy Porannej – jaśnieje i zimą, i nocą.

Słowa te jeszcze bardziej rozsierdziły Słońce, które miota ognistymi strzałami i zieje żarem gniewu: „Tak czy tak – krzyczy Słońce – ożenię syna z twoją córką!”

Rozległ się grzmot, zawyły wichry, spiętrzyły się morskie fale, zatrzęsły się góry w posadach. Zadrżała cała ziemia. Zbiły się w gromadę stada renów, ludzie pochowali się w szałasach, zwanych weżami.

Odeszła czym prędzej matka Luna w ciemność nocną. „Trzeba dobrze ukryć dziecko przed okiem Słońca” – pomyślała – Wypatrzyła na jeziorze pływającą wysepkę, na której mieszkali staruszek i staruszka, dobrzy ludzie, i powiedziała: „O, im powierzę swoją córkę!”

Przestało się Słońce srożyć, ucichły grzmoty, uspokoiły się wiatry. Staruszkowie poszli do lasu po korę brzozową. Patrzą – wisi na gałęzi świerkowej srebrna kołyska. Nikogo w niej nie ma, ale dziecięcy głosik woła:

- Nijekija – nie ma mnie. A oto jestem!

Widzą teraz, ze leży w kołysce dzieciątko, jak wszystkie ludzkie dzieci, tylko że całe świeci księżycowym blaskiem.

Zabrali staruszkowie do domu kołyskę i cieszą się, że mają córkę. Wychowują ją. Słucha dziewczynka staruszka jak rodzonego ojca, słucha staruszki jak rodzonej matki, ale nocą wychodzi z weży, podnosi twarzyczkę do księżyca, wyciąga rączki do Księżycowej Pani i jeszcze mocniej świeci. Nauczyła się szyć zasłony i kołdry ze skór reniferowych, nauczyła się wyszywać je koralikami i srebrem. A kiedy się bawi, woła czasem: „Nijekija – nie ma mnie!” i znika, słychać tylko tuż blisko jej dźwięczny śmiech. Więc też nazwali ją staruszkowie Nijekiją.

Wyrosła Nijekija, już duza z niej dziewczynka. Twarzyczkę ma okrągłą i rumianą jak malina, włosy jak srebrzyste nici, szczuplutka jest i świeci się cała. Dotarły do Słońca słuchy, że mieszka na wyspie dziewczę niepodobne do Ziemianek. Posłało do niej Słońce swego syna Pejwalke. Przyleciał Pejwalke na wyspę i zajrzał do weży staruszków. Zobaczył Nijekiję i od razu ją pokochał.

- Przymierz, piękne dziewczę – mówi Pejwalke – moje złote butki.

Zapłoniła się Nijekija, włożyła butki i nagle krzyknęła:

- Oj, pali mnie, boli!

- Nie szkodzi – pociesza ją Pejwalke – przyzwyczaisz się.

Chciał Nijekiję objąć i uprowadzić, ale dziewczyna krzyknęła:

- Nie ma mnie, nie ma mnie! – I znikła, rozpłynęła się po prostu jak cień.

Tylko złote butki zostały na progu.

Do samej nocy ukrywała się Nijekija w leśnej gęstwinie. A kiedy wypłynęła na niebo Luna – Księżycowa Pani, poszła Nijekija po księżycowym szlaku, przez lasy, przez góry, przez tundrę. Prowadziła ją matka Luna nad morze, na bezludny brzeg, gdzie stał samotny dom.

Weszła Nijekija do domu, wszystko tam sprzątnęła i wyszorowała. Spać się jej zachciało. Przemieniła się, więc w stare wrzeciono, wbiła się w ścianę i zdrzemnęła.

O zmroku usłyszała Nijekija cieżkie kroki. Weszli do domu wojownicy w srebrnych zbrojach, jeden silniejszy i piękniejszy od drugiego. Byli to bracia Płomienie. Na czele kroczył najstarszy brat i przywódca, Najnas - Blask Zorzy Polarnej.

- Jak czysto w naszym domu – powiedział Najnas.

- Przyszła do nas widocznie dobra gospodyni. Gdzie się schowała? Nie widzę jej, lecz czuję, że patrzy na nas.

Zasiedli bracia do wieczerzy. Posilili się i dla rozrywki zaczęli się z sobą mocować. Walczą na pięści, to znów na miecze. Skrzy się broń białymi rozbłyskami, purpurowe płomienie plasają po niebie. Zaśpiewali potem bracia hymn niebieskich wojowników i jeden po drugim odlecieli. Pozostał w domu tylko Najnas, niby cień jaśniejący. Prosi Najnas:

- Pokaż mi się, kimkolwiek jesteś! Jeżeli staruszką jesteś, będziesz mi matką, jeżeliś rówieśnicą moją, będziesz mi siostrą, jeżeli jesteś dziewczyną młodziutką, bądź moją wybranką.

- To ja – wyszeptała Nijkija i w szarości świtu, wraz z pierwszym brzaskiem ukazała się Najnasowi.

- Czy wyjdziesz za mnie za maż, Nijekijo? – zapytał Najnas.

- Wyjdę – ledwie dosłyszalnie odpowiedziała Nijekija. Wtem rozpromieniła się zorza poranna i wyjrzał rąbek Słońca.

- Czekaj na mnie, Nijekijo! – zawołał Najnas i odleciał, zniknąl jak przewidzenie.

Co wieczora przylatywał Najnas i jego bracia do swego domu, co wieczora urządzali igrzyska na niebie, a z brzaskiem odlatywali. Prosiła Nijekija Najnasa:

- Zostań ze mną, Najnas. Bodaj na dzień jeden!

- Nie mogę – odpowiedział Najnas – śpieszę na bitwę niebieską za morzem.

Przemyśliwała Nijekija, jak zatrzymać Najnasa. Uszyła zasłonę ze skór reniferowych, wyhaftowała na niej srebrem Drogę Mleczną i duże gwiazdy, i rozwiesiła w domu pod pułapem.

Przed nocą przyleciał Najnas ze swoim wojskiem. Po zwykłych igrzyskach na niebie położył się spać. Mocno śpi Najnas, ale od czasu do czasu otwiera oczy. Widzi nad sobą ciemne niebo i Drogę Mleczną, więc myśli, że jest jeszcze noc i za wcześnie na wstawanie.

Obudziła się Nijekija i wyszła z domu, ale zapomniała przymknąć drzwi. Otworzył Najnas oczy – a tam jasny dzień na dworze, Niedźwiedź wiezie Słońce po błękitnym niebie. Wypadł Najnas z domu, woła swoich braci. Ujrzało go jednak Słońce, tchnęło swoim żarem i przygniotło go do ziemi. Podbiegła Nijekija i własnym ciałem zasłoniła swego wybrańca przed Słońcem. Wstał Najnas, w świetlisty cień się przedzierzgnął i rozpłynął się na wysokościach.

A Słonce chwyciło Nijekiję za włosy, opaliło ognistym spojrzeniem i zawołało swego syna Pejwalke.

- Zabij mnie, ale nie wyjdę za Pejwalke! – rozpłakała się Nijekija.

Rzuciło wtedy Słońce Nijekiję matce Lunie na ręce. Przyjęła ją matka, do serca przytuliła i tak ją po dziś dzień trzyma.

Widzisz cień jej twarzyczki na obliczu Księżycowej Pani? Patrzy Nijekija i patrzy na świetliste pasmo nad morzem, na bitwę na niebie i oczu oderwać nie może.

23:15, biala_sowa1 , baśnie
Link Dodaj komentarz »
Stallo i lapońska dziewczyna

Pewien Lapończyk miał córkę, która mu pomagała w hodowli reniferów. Pewnego dnia dziewczyna, skoro tylko weszła do namiotu, zaczęła tak obracać drzwi, że poprzeczne ich przęsła widać było na zewnątrz. Wtedy matka jej rzekła do swego męża, żeby dziewczyna tego nie słyszała:

- Zdaje się, że nasza córka obcuje ze Stallem; widzę to po drzwiach szałasu.

Wtedy ojciec schował się na miejscu, gdzie dziewczyna pasła stado, i rzeczywiście zobaczył, jak tam spotkała się ze Stallem, który przyszedł z drugiej strony wielkiej rzeki. Zabrał swoją narzeczoną i przeniósł ją przez rzekę. Po długiej nieobecności wrócili i Stallo znów przeniósł dziewczynę przez wodę. Wtedy ojciec napadł na Stalla i usiłował go zamordować. Walczyli ze sobą, ale żaden z nich nie mógł zwyciężyć swego przeciwnika.

Podczas swego zmagania się Stallo nagle ugryzł Lapończyka w ramię. (Stallo ma gębę od ucha do ucha.) Wtedy Lapończyk krzyknął:

- Do diabła, on mnie morduje! Teraz, córko moja, pomóż temu, kogo więcej kochasz.

Dziewczyna kochała jednakże więcej ojca, chwyciła nożyczki i wbiła je Stallowi w brzuch, tak, że umarł.

Kiedy ojciec wrócił z córką do wsi, wziął rózgę, ściągnął dziewczynie majtki i sprawił jej rzetelne lanie. Dziewczyna dostała torsji i zobaczono, że jadła jaszczurki i inne obrzydliwe rzeczy. Przy czym dziewczyna skarżyła się:

- Gdybym wiedziała, na pewno byłabym pomogła Stallowi, był on bowiem również dobrym człowiekiem.

(Podobno według opowiadań Lapończyków jedzenie Stall jest tak przygotowane, że zmienia dziewczynę ludzką, która wychodzi za mąż, za Stalla, w prawdziwego potwora.)

20:14, biala_sowa1 , baśnie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 listopada 2006
Legenda o Njonji i jego dwóch synach

Żył kiedyś pewien stary Lapończyk, który nazywał się Njonja i maił dwóch synów. Synowie zajmowali się polowaniem i wędrowali po górach z łukami i strzałami. Gdy pewnego dnia zapalili dwa ogniska, przyszedł wielki mocny troll, porośnięty gęstym czarnym włosem. Skoro młodzieńcy go zobaczyli, uskoczyli za pierwsze ognisko, ale zły zgasił je. Wtedy uskoczyli za drugie ognisko, ale twór zgasił i to ognisko, schwytał obu myśliwych i przełknął ich ze skórą i włosami.

Njonja wyszedł w góry na poszukiwanie swych synów. Gdy znalazł ognisko, zorientował się, co zaszło, i płakał gorzko. Następnie rozpalił trzy wielkie ogniska i znosił ciągle drzewo sosnowe. Gdy się ściemniło zobaczył zbliżającą się postać. Był wielka i miała czarne, gęste włosy. Był to troll. Njonja przeląkł się i uskoczył za pierwsze ognisko, ale troll je zgasił. Wtedy Njonja uskoczył za drugie ognisko, ale potwór zgasił i to ognisko. Njonja uskoczył więc za trzecie ognisko i to ognisko potwór zgasił tylko w połowie. Wtedy zaczęli walczyć ze sobą. Walka trwała przez całą noc, ale żaden z nich nie mógł zwyciężyć. Wtedy Njonja rzekł do potwora:

- Wschodzi już słońce.

Troll obejrzał się na słońce, a wtedy Njonja rzucił go na ziemię. I spytał go:

- Coś zrobił z mymi synami?

Troll odparł:

- Połknąłem ich.

Njonja zaprotestował:

- Musisz mi więc za nich zapłacić.

Wtedy troll wypluł ich i byli cali. Njonja rozkazał trollowi wrócić im również życie, ale troll nie mógł tego uczynić. Wtedy Njonja oświadczył:

- Zaciągnę cię do ogniska i wrzucę w nie.

Wtedy troll obiecał mu dać za żonę swoją młodą piękną córkę, która mu urodzi dwóch nowych synów. I Njonja wypuścił trolla. Ten przyprowadził dziewczynę Njonji. Wtedy Njonja włożył trupy obu swych synów w ogień i spalił je.

Njonja przerzucił kawałek stali przez córkę trolla, żeby się stała rzeczywistym człowiekiem, i następnie pojął ją za żonę. Ale kiedy przyszli ludzie, żeby obejrzeć jego nową żonę, popękały im żołądki, powypadały im oczy i poodpadały ręce i nogi. Gdy żona Njonji doiła łanie reniferów, podwiązywała zwierzętom w górę pyski i biła je.

Wtedy mąż jej rzekł:

- Jeśli natychmiast nie przestaniesz bić łani, obrócę cię plecami do słońca.

Wtedy błagała go:

- Mój drogi, mały Njonja, nie obracaj mnie plecami do słońca. Nie chce mieć światła słonecznego na plecach.

Gdy żona Njonja zestarzała się i czuła, że wkrótce umrze, rzekła do swych synów:

- Po śmierci będę do was przychodziła i pomagała wam w pracy, ale nie wolno wam nigdy kłaść na ognisko wierzchołków sosen.

Po jej śmierci synowie chodzili na polowanie, zabijali niedźwiedzie i wszelką inną zwierzynę i ptactwo. Wieczorami rozpalali ognisko, kładli obok niego zwierzęta i swe obuwie i szli spać. Rano obuwie było suche, zwierzęta ugotowane i przyrządzone. Od tego czasu inni ludzie nie mogli upolować żadnej zwierzyny. Ile razy wychodzili na polowanie, zawsze wracali do domu nawet nic nie zobaczywszy. Widząc jakie szczęście mają synowie córki trolla, rozzłościli się i wrzucili im w ogień wierzchołki sosen. Wtedy następnego ranka córka trolla ukazała się swym synom i oznajmiła z płaczem:

- O moi synowie, spaliliście moją pierś. Teraz już nigdy nie będę mogła was odwiedzić i będziecie musieli wszystko robić sami.

Od tej chwili zamarzały wszystkie zwierzęta, jakie dwaj synowie kładli obok ogniska.

Wobec tego synowie Njonji pozabijali swych towarzyszy za to, że spalili ich matce piersi. Ale córki trolla nie zobaczyli nigdy więcej.

14:28, biala_sowa1 , baśnie
Link Dodaj komentarz »
Mądry Lapończyk

Gdy pewien Lapończyk ciągnął do raz domu ciężką sosnę, nadszedł Stallo i zaproponował mu pomoc. Chodziło o to, kto ma nieść ciężki koniec a kto lekki. Lapończyk twierdził, że wierzchołek jest o wiele cięższy, niż odziemek z korzeniami. Stallo nie uwierzył o spróbował ciągnąć drzewo za koronę. Ale ciągnąc je zahaczał gałęziami o ziemię i było mu ciężko. Kiedy jednak zaczął ciągnąć ciężki odziemek z korzeniami, zdawało mu się, że jest mu lżej i ciągnął sam pień. Lapończyk natomiast usiadł na gałęzi i pozwolił mu się ciągnąć.

Następnie Stallo zaproponował zakład: kto z nich obu wyżej rzuci w górę siekierę do rozcinania lodu. Siekiera była tak ciężka, że Lapończyk zaledwie zdołał ją podnieść.

Ale zakład przyjął. Stallo wyrzucił siekierę tak wysoko, że prawie nie było jej widać. Z kolei miał ją wyrzucić w górę Lapończyk, oświadczył, więc, że chętnie gotów jest to zrobić, ale musi wiedzieć, czy Stallo siekiery już nie potrzebuje, ponieważ rzuci ją tak wysoko, że zawiśnie w chmurach. Oczywiście, że Stallo sobie nie życzył i zabronił Lapończykowi rzucać siekierę.

Kiedy obaj usiedli do jedzenia kaszy, Lapończyk zaproponował zakład o to, kto zje najgorętszą kaszę. Stallo zgodził się i niebawem mieli przed sobą olbrzymią dymiącą misę. Obaj czerpali z niej coraz więcej i wkrótce kasza została zjedzona. Jednakże Lapończyk nie jadł jej, lecz składał do worka, który ukrył pod ubraniem. Tymczasem Stallo poparzył się, w końcu wypadł mu cały żołądek i rozpłynął się, a Lapończyk stał się właścicielem worka z pieniędzmi Stalla.

13:42, biala_sowa1 , baśnie
Link Dodaj komentarz »
Opwieści/ Walka z olbrzymem

Na początek jednak ostrzeżenie opowieści o Stallo, a tych jest najwięcej są dość brutalne.

WALKA Z OLBRZYMEM

Pewnego razu Stallo rozwiesił w lesie sieci, ażeby chwytać dzieci Lapończyków, które ćwiczyły się na małym wzgórzu w zjeżdżaniu na nartach. Ojciec obserwował te przygotowania i obmyślił sobie, jak ma wyprowadzić w pole złośliwego Stallę. Zanurzył kaftan i futro w wodzie, ubrał się w nie, udał się do miejsca, gdzie rozwieszone były sieci, i w nich zawisnął.

Gdy przyszedł Stallo, ażeby obejrzeć sieci, znalazł w nich zamarzniętego na sęk Lapończyka. Wydobył go i powlókł go do swego szałasu. Dochodząc do domu zawołał do żony:

- Dziś mamy dobry połów, więc będzie obfity obiad.

I oboje się z tego bardzo ucieszyli. Zawiesili zamarzniętego Lapończyka w otworze dymnym, żeby odtajał i można go było zabić. Następnie Stallo rzekł:

- Wyjdę teraz, żeby zrobić z drzewa wielką miskę.

I wyszedł przed szałas. Naraz starszy jego syn zauważył, że Lapończyk jeszcze żyje, i powiedział matce, że oczy Lapończyka poruszają się. Rutagis odpowiedziała:

- Dobrze, dobrze, ojciec zaraz przyjdzie.

Tymczasem Lapończyk odtajał i mógł się już poruszać i uwolnić. Gdy wisiał w górze i rozglądał się po szałasie, zauważył, że Rutagis nosiła okulary i w tej chwili właśnie odłożyła je na bok. Wobec tego zabił szybko syna Stalla, wziął okulary i rzucił je w ogień. Rutagis usłyszała, że się coś pali, i zawołała:

- Ojej, palą się moje okulary. – Rzuciła się na Lapończyka, ale ten ją zabił, ugotował dziecko Stalla i pożarł je.

Tymczasem Stallo pracował pilnie i mówił sam do siebie: - Ja tu robię tę miskę i robię, aż dostanę garbu. – A gdy wreszcie skończył, otworzył drzwi szałasu i zajrzał do środka

Wtedy Lapończyk cisnął mu wielki kocioł w twarz i Stallo oślepł. Nastąpiła walka; Lapończyk zabił Stallę i zabrał cały jego dobytek..


13:07, biala_sowa1 , baśnie
Link Dodaj komentarz »